Podróż Doliną Inków jest bardzo malownicza, trasa pociągu biegnie wzdłuż koryta rzeki Urubamba, pomiędzy wysokimi zboczami zielonej doliny. Po przyjeździe o godz. 6:30 do stacji końcowej, czyli miasteczka Aguas Calientes mamy do wyboru wspiąć się na Machu Picchu o własnych siłach, co zajmuje ok. 2h lub też skorzystać z autobusów dowożących turystów w 20 minut krętą drogą aż do samego wejścia do miasta Inków. Koszt w jedną stronę 18,50$. Polecamy tę drugą opcję, nawet nie tyle z powodu oszczędności czasu, co sił, które przydadzą się na zwiedzanie Machu Picchu. Po szybkim sprawdzeniu biletów jesteśmy na miejscu. Na pewno wyobrażacie sobie jak możecie się czuć będąc w tym miejscu, widząc na własne oczy tajemnicze ruiny największego miasta Inków. My tylko możemy potwierdzić, że poczujecie radość i euforię. Poranna mgła powoli unosiła się odsłaniając wspaniały krajobraz. Wokół ruin spacerowały lamy. Niezwykle interesujący był każdy zakątek miasta.
Na deser zostawiłem sobie Huayna Picchu, czyli górę, z której prowadzone były obserwacje przez strażników miasta. Ze względów bezpieczeństwa dzienny limit wejść został ustalony na 400 osób w dwóch turach po 200 turystów w godzinach 7:00-8:00 oraz 11:00-12:00. Na szczyt wiodą schody, w większości wysokie i bardzo wąskie, z trudem można się na nich wyminąć. Wilgotne kamienie są bardzo śliskie, dlatego trzeba pamiętać o dobrych butach i wygodnym ubraniu. Podczas wejścia widziałem starszą japońską parę wspinającą się w tenisówkach, troszkę trąci to kamikaze. Czas wejścia to 40 min. dla osób z dobrą kondycją. Przed samym szczytem są dwa wąskie przejścia, mini jaskinie. Im jesteśmy więksi, tym będzie trudniej :). Postawienie nogi na szczycie wprowadza w euforię, a widok wynagradza wysiłek.
Podczas zejścia spotkałem 3 Polaków. Kolega patrząc na mnie kątem oka powiedział do znajomych: "Patrzcie, podobny do Szymona". Zobaczyć minę jego znajomych, gdy popatrzyli na mnie i usłyszeli ode mnie swojskie "Siema!" - bezcenne.
Pożegnaliśmy się z Machu Picchu i wyruszyliśmy w dół na piechotę. Kilka floresów ominęliśmy skrótami, choć połowy nie było nawet widać. Zejście zajęło nam 2 godziny. A przy samym końcu spotkał nas pierwszy podczas naszej podróży letni deszcz. Ciepły i przyjemny. Zmęczeni, ale szczęśliwi usiedliśmy w pociągu powrotnym do Ollantaytambo. A stamtąd udaliśmy się busem colectivo (10 soli) prosto do Cusco.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz